własnym sercem jak gotykiem wkłuć się prosto w serce Boga
czwartek, 29 grudnia 2016
Szlifowanie

 

Katolicka rodzina wie, że nigdy się nie rozstanie. My z Tomkiem jesteśmy na siebie skazani do końca życia. Nieustannie pracujemy nad związkiem […] Zdecydowałam się na coś i teraz szlifuję ten kanciasty diament o nazwie Terlikowski. 

(Małgorzata Terlikowska)

 

Nie będę się znęcać nad panią Małgorzatą; przytoczyłam jej słowa skrzydlate jedynie z tego względu, że nie kojarzę innych kobiet mówiących publicznie o szlifowaniu męża. Można sprawdzić. Reszta ludzkości szlifuje co najwyżej formę, języki obce, zęby lub diamenty (dosłowne, nie te metaforyczne, grubiutkie i bez przerwy gadające o aborcji). A jednak pojawiają się Postulaty, by mężów szlifować. I am being purposely vague here.

Patriarchat nie polega tylko na tym, że mężczyźni są okropni, wytwarza również pewne straszne poglądy kobiet na ich temat. To jest jeden z niewielu przypadków, w których zastosowałabym odwrócony seksizm – jakie skojarzenia wywołałby mąż, który szlifuje żonę? Gdzieś tak od kwiaciarki Elizy, przez rozmaite perwersje z domową dyscypliną włącznie, aż do przemocy w rodzinie. Od razu widać, że to jakieś obrzydliwe, więc czemu w drugą stronę miałoby być słuszne i zbawienne? Czy kobiety są powołane do bycia wychowawcami i szlifierzami mężczyzn? Najwyraźniej trzeba dzikiego feminizmu, by lansować tezę, że dorosły facet nie jest dzieckiem. Patriarchalne społeczeństwo będzie się upierać, że jest, ponieważ takie podejście daje Tradycyjnym Kobietom poczucie wyższości (i zaspokaja macierzyńskie instynkty), a męskim dzieciom pozwala na radosną nieodpowiedzialność. Wszyscy są zadowoleni, to znaczy wszyscy, którzy umieją w role płciowe. Nie jestem facetem, ale przypuszczam, że nie wszyscy chcą być szlifowani. Wiem na pewno, że do szlifowania niezbędne są takt, subtelność i manipulacja, a i to nie wszystko: trzeba jeszcze wierzyć w sens całego przedsięwzięcia.

Jak wspomniałam, publicznie wyrwała się tylko pani Terlikowska. Prywatnie można usłyszeć wyznania innych zawziętych szlifierek. Po piętnastu latach rzucania grochem o ścianę widzę już w tej ścianie niewielkie wgłębienia. No tak, zapomniałam o pracowitości. I o wpajanym przez Kościół poglądzie, że miłość jest decyzją. Może i jest, tylko że tę decyzję podejmujemy albo na ciężkim haju, albo z przekonania, że i tak nic lepszego nie mamy do wyboru. O ile w pierwszym przypadku pomoże nam uczucie, to w drugim już tylko szlifierka.

Na zdjęciu mężczyzna.

Trudne i niebezpieczne zajęcie, przy którym lecą iskry.

Nie wiem, czy dużo więcej osób potrafi się posługiwać szlifierką metaforyczną niż kątową. Nie wiem, czy traktowanie ludzi jak kamieni jest etyczne. Z pewnością jest szalenie upierdliwe, a efekt niepewny (rzucanie grochem o ścianę też w końcu się skończyło, wgłębienia nie chciały się ułożyć w zachęcający wzór). Myślę, że można sobie znaleźć bardziej pożyteczne hobby, np. rozmyślanie, dlaczego uważamy własny związek za wyrok dożywotniego więzienia.

piątek, 23 grudnia 2016
Kretyni kontra kretyni

 

Nie wiem, czy obóz niepodległościowy sprowadził nas do swojego poziomu i pokonał doświadczeniem, czy też poziom był zawsze podobny. Pewnie wszystko zależy od tego, gdzie patrzeć. Ja akurat zajrzałam na parówki i przeczytałam felieton Pawła Kalisza o przydługim tytule Po co wolność – śpiewa Kazik. Walka o wyższe wartości schodzi na drugi plan, gdy jest co do garnka wrzucić”.

(źródło: www.raczki.pl)

 

Tak wyglądają resztki pałacu w Dowspudzie, który wystawił sobie w latach 20-tych XIX wieku hrabia Ludwik Pac. Postać zresztą zasłużona, a powiedzenie, dzięki któremu trafił do polszczyzny, wcale nie było w zamyśle negatywne (dziś równą odprawę wezmą pieski, bo równą pozyskali sławę, równa ich była rączość, równa była praca), ale oczywiście się takim stało, bo nie potrzeba nam tutaj porównań pozytywnych. Mam obowiązki polskie, więc muszę narzekać.

Prawo i Sprawiedliwość pomału ogranicza nasze prawa. Sprzedaliśmy jako społeczeństwo Trybunał Konstytucyjny za 500+. Część wyborców miała dość ciepłej wody w kranie i postawiła na zmianę. Dobrą zmianę.”

Nijak się ta dramatyczna diagnoza nie składa w spójną całość. Po stronie Dobra mamy Trybunał Konstytucyjny i ciepłą wodę w kranie, po stronie Zła – 500+. Znaczy co, społeczeństwo miało dosyć swojego dobrobytu i nie chciało się dłużej kąpać w pieszczocie pian, więc sprzedało demokrację za... 500 złotych? Za podłe, przyziemne pieniądze, którymi mogą co najwyżej, bo ja wiem, opłacić światło, gaz i ciepłą wodę? To straszne, jak oni mogli i właściwie po co, ciepła woda przecież była już wcześniej.

„Faktycznie dzisiejsze ulice w niczym nie przypominają tych sprzed lat. Nawet zima była wtedy ostrzejsza. Jeśli komuś marzy się, że ostatnie wydarzenia w Sejmie sprawią, że gdzieś w Warszawie czy innym mieście powstanie polski Majdan, to raczej jest niepoprawnym optymistą.”

OPTYMISTĄ. Paweł Kalisz za optymistyczny scenariusz uważa takie coś:

„(...) kiedyś dojdzie do punktu, za którą będzie już tylko opór społeczny, płonące opony, kamienie i krew.”

 Przepraszam, wyjebało mi wszystkometr. Lubię się śmiać z mokrych snów prawicowych chłopców, ale najwyraźniej dorobiliśmy się również chłopców liberalno-demokratycznych. Gości, którzy cytują Kazika i wklejają twity niezłomnych bojowników o wolność, Grzegorza Schetyny i Tomasza Lisa. Oni naprawdę wierzą, że ktoś pójdzie palić opony i rzucać kamieniami w imię walki o powrót poprzedniego ładu. Wiedział nasz pradziad jak zwyciężać, niech zatem będzie tak jak było!

Powiedzmy, że wiedział. I że zwyciężył, wprowadzając nam kapitalizm z takim samym doktrynerskim entuzjazmem, z jakim z kolei jego pradziad wprowadzał nam komunizm. Ładnie to opisuje Karol Modzelewski w „Zajeździmy kobyłę historii”. Najbardziej urzekło mnie zdanie: przesiedziałem osiem i pół roku, ale za kapitalizm nie zgodziłbym się siedzieć ani jednego dnia. A teraz co, mamy protestować w imię dobrego samopoczucia Grzegorza Schetyny i Ryszarda Petru? Głośno krzyczeć, to może te 25-30% polskiego społeczeństwa, których nadzieje i aspiracje wyraża Kaczyński, przestraszy się i zniknie, i zostaniemy sami, śliczni i czyści?

Samotna matka idzie w tłumie

Ale ukryć łez nie umie.

Marsz w obronie demokracji

A ona pełna bezsilności i frustracji.

Kolejni celebryci przemawiają z estrady

A ona myśli o tym, że jej syn, Maksio, jest po drugiej stronie barykady.

Pierwszy raz nie spędzą razem świąt. Maksiu, narodowcu kochany,

Proszę cię, wróć do mamy!

Wrócimy do władzy wiosną albo latem,

Protestowałam, to teraz czas na latte.

Nie bójmy się, nie bądźmy spięci, a teraz zróbmy sobie selfie.

(Pożar w Burdelu)

wtorek, 20 grudnia 2016
Wiarę swą zapisuję rzymskim katolikom

 

Umieram na przeziębienie, co stanowi genderowy dowód, że jestem mężczyzną. Zasypuję mieszkanie chusteczkami i malowniczo cierpię. (Nie o to mi chodziło z tym urlopem od rzeczywistości.) Tytuł pochodzi z Testamentu Donne’a, bo przecież umieram, a to mój ulubiony utwór tego typu. I z niejasnych przyczyn tego utworu ulubiony wers, może dlatego, że brzmi jakoś tak majestatycznie. Rzymscy katolicy nie byliby zachwyceni, odziedziczywszy w spadku moją wiarę (która zakłada, że Bóg istnieje i jest doktorantem w pogoni za grantem, więc nie ma czasu wysłuchiwać modlitw; nasz świat to jego nieudany naukowy eksperyment) i bardzo dobrze, bo ich zasadniczo nie lubię, a w każdym razie źle życzę Kościołowi, do którego przynależą. Umieranie jeszcze bardziej ograniczyło moją produktywność (ale bez żartów, naprawdę wczoraj przez większość dnia czułam się okropnie) i właściwie jedyna rzecz, z której jestem w miarę zadowolona, to pewien wpis na fejsbuczku. Dotyczący właśnie Kościoła i będący, żeby było śmieszniej, fragmentem dyskusji z moim własnym ojcem. Który to ojciec jest agnostykiem i nihilistą, a jednocześnie fanem „uczucia metafizycznego”. Potem mi jeszcze zarzucił, że jestem ofiarą prostackiego empiryzmu i obiektywizmu, i nie dostrzegam istoty procesów dziejowych, czego już nie zrozumiałam, przyznaję. Faktem jest, że usiłowałam zepchnąć naszą dyskusję z metafizycznych wyżyn i nasifać na To, Co Nas Otacza. A wyraziłam to tak:

Niezależnie od niuansów, z dzisiejszego punktu widzenia pomysł takich sądów [inkwizycyjnych – przyp. Pino] jest absurdalny (co dowodzi wyższości świata, w którym za religię nikt nie daje faka). Być może takie postawienie sprawy cię zirytuje jako ahistoryczne albo trącące tramwajowym antyklerykalizmem (w roli motorniczego tramwaju profesor Jan Hartman). Spróbuję więc rozwinąć: religia, w szerokiej praktyce i działaniu, to nie jest metafizyka, rozmowy z Jerzym Nowosielskim, eseje Bierdiajewa i Rozanowa ani też fascynująca etnografia. To jest zestaw wtłaczanych ludziom na siłę absurdalnych poglądów, które łamią życie. To jest pazerna i bezczelna instytucja, która z wyżyn swojego autorytetu obraża całe grupy społeczne. To jest Wojtyła, od którego złotych myśli nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać (mam pod ręką "Osobę i czyn" i nie zawaham się jej użyć!), a zaraz za nim kroczy Wanda Półtawska (będzie mało, to dołożę "Eros et iuventus"). To jest kazanie w parafialnym kościele, z którego wychodzę po pięciu minutach mimo szczerej fascynacji zjawiskami etnograficznymi, bo stężenie głupoty przekracza moją wytrzymałość.

Polemiki nie było, bo z tym wszystkim się akurat ojciec chętnie zgodził, by znów powrócić do uczuć metafizycznych, a żaden rzymski katolik na moją niewinną prowokację nie zareagował. Nie było więc okazji do zaorania osoby i czynu. To dobrze, bo dyskusje na fejsbuczku w nadmiarze są szkodliwe, ale zabójcze cytaty z JP2 tak czy owak mam naszykowane. Do metafizyki się nie wtrącam, natomiast realny socjalizm, pardon, katolicyzm, jestem gotowa podgryzać za pomocą najprostszej logiki. I wiedzy z pierwszej ręki, jak działa ten cały interes, ponieważ zdanie „to jest zestaw wtłaczanych ludziom na siłę absurdalnych poglądów, które łamią życie” pisałam z myślą o konkretnej osobie, bliskiej mi, dodajmy.

Taką właśnie wiarę (w logikę i otaczający nas absurd, a także w herbatę i we wschody słońca) mogę przekazać w spadku, kiedyś tam, bo już czuję się lepiej i chyba jeszcze tym razem nie umrę na przeziębienie.

piątek, 16 grudnia 2016
I zimę jak sen śmierci, niepodobną do nich

 

A gdyby tak urlop od rzeczywistości. W dzień łóżko i laptop, w nocy dużo snu. Czasem jakieś niewinne aktywności w rodzaju pieczenia ziemniaków czy pastowania podłogi, a w bardziej brawurowych chwilach wypad na geoskrzynki. Wciąż nie pić i nadal palić. Podpisać list do premier i, gdy wreszcie przyjdą pieniądze, odliczyć z nich stówę na Syrię. Marzyć o Polsce, w której Razem wygrywa wybory (make Poland gay again). Nabijać się z naszego Umiłowanego Przywódcy („Donoszę, panie naczelniku [czy kiciuś naczelnika zdrów?]”), nie wpadając przy tym w zacietrzewienie i wściekłość. Szukać pozytywów. Napełniać treścią puste skorupki.  

 

poniedziałek, 21 grudnia 2015
Zamuły ciąg dalszy

 

- Prawda jest, panie Michale - mówił - że dokonaliśmy wielkich rzeczy w Warszawie, ale broń Boże dłuższego pobytu, tak, mówię ci, zniewieścielibyśmy jako ów sławny Kartagińczyk, którego słodkość aury w Kapui ze szczętem zdebilitowała.

(Henryk Sienkiewicz)

 

Czy już wspominałam, że nic mi się nie chce? Niby jest dopiero dziewiąta rano i nie ma się czym przejmować, ale wkurza mnie własna niezborność. Może jednak mam depresję, tylko jeszcze jej nie zauważyłam. A może po prostu wychodzi na jaw prawda, że pomijając krótkie zrywy pracoholizmu, na ogół jestem makabrycznym leniem. Na razie w ramach czynu rewolucyjnego zdołałam wstawić na roztopienie olej kokosowy i zaraz będę nim sobie łeb smarować. Trudno to uznać za imponujący wyczyn.

Niech już będzie ten styczeń, to z konieczności pojadę do Krakowa i popadnę w jakąś większą aktywność. A na razie tak sobie wegetuję, czasem coś zrobię, np. pójdę bronić demokracji, ale wyraźnie czuję, że to nie jest skala robienia rzeczy, która by mnie satysfakcjonowała. Nawet telefony przestaję odbierać, co już powinno być sygnałem ostrzegawczym. Najchętniej bym wciąż spała. Tak, niewątpliwie są to objawy ze spektrum depresji, ale póki co w niewielkim natężeniu, więc spróbuję je pokonać metodą wzięcia się w garść.  

wtorek, 15 grudnia 2015
Zamuła

Tęsknię za swoją kreatywnością, nawet jeśli wiązała się ona z silnym pojebaniem. Może to wina neuroleptyków, a może mojego obecnego, ustabilizowanego trybu życia, ale to, co na początku Ewangelii Jana nagle jakoś przestało mnie słuchać. Co mi z życia zostało, poćwiczyć, wypić kolejną herbatę, zrobić pranie... Nudno jakoś. Wiedziałam, że nie jestem stworzona do szczęścia. Moja psychika odpoczęła, i fajnie (było to wręcz niezbędne po przeżyciach ubiegłego miesiąca, listopad bardziej upiorny niż słodki), ale teraz znowu myślę, no kurwa, ale nudno, zróbmy coś, wieś podpalmy, czy jak?

Niech coś się wreszcie zacznie dziać, bo zgłupieję ostatecznie. Skoro już jestem wariatem, to powinnam z tego mieć jakąś korzyść.

czwartek, 10 grudnia 2015
Pożywka

Powyższe zdjęcie przedstawia tajemnicze coś, co zepsuło się w labie i oczywiście musiałyśmy to sfotografować. Poza tym wszyscy zdrowi. Życie się toczy normalnie, aczkolwiek stałe kursowanie między północą a południem powoli zaczyna mnie drażnić. Wena mnie opuściła, książkę skończyłam pisać w zeszłym miesiącu, żadne baskipuki nie chcą jakoś powstać, tak jakby rzeczywistość nagle przestała być inspirująca. Wierszy, na szczęście, ostatnio nie pisuję (acz mam w zanadrzu jeszcze jeden nieopublikowany), bo jeśli piszę poezję, to na ogół znaczy, że moja psychika skręca się w ósemkę. Krótko mówiąc, mam w tej chwili normalną i dosyć nudną remisję, w sam raz, by robić rzeczy zwyczajne. Życie i wodorosty. 

poniedziałek, 07 grudnia 2015
Wieści z Borku

Nie powiem, żeby to był mój najlepszy dzień, bo znowu zjadają mnie nerwy (czy ja tu jeszcze mam Sedam? chyba nie). Ale papierosy i herbata czynią swoje dzieło na spółkę z aribitem, już się pomału ogarniam.

Co to są, do diabła, wypadki borysławieckie? Jak mam iść na egzamin bez tak podstawowej wiedzy?

Aaa, no dobra, przerywam tworzenie tej jakże chaotycznej notki, bo pora już zadzwonić na uczelnię i dowiedzieć się, czy jeszcze mnie choć trochę kocha, w ramach naszego wieloletniego, a przy tym jakże trudnego i toksycznego związku.

Uczelnia nie odbiera. Oczywiście, zawsze tak jest, wszyscy mnie opuszczają, teh drama. Mniejsza z tym, już sobie na papierosku opracowałam protokół, co powiem panu profesorowi w pierwszych słowach swojego listu, aczkolwiek efekt tych zabiegów pozostaje, póki co, niewiadomą. Mniejsza z tym, zostało mi jeszcze pół dnia na zgłębienie wiedzy o wypadkach borysławieckich i całej masie innych wypadków - ta II RP generalnie wydaje mi się wypadkiem przy pracy w kuźni Historii. Mistrzyni życia, Historio, zachciewa ci się psich figlów... Nie no, piękny to jest kierunek studiów i szlachetny, tylko że ja się do żadnych studiów nie nadaję, jestem wiecznym maturzystą, którego otacza stado doktorantów.

No, if I could live my life again I think I'd like to be

The man whose job is to stop the men who think like me

Yeah! If l could live my life again that'd be the thing to be

The man who plots the stumbling blocks

In the lives of the likes of me!

czwartek, 03 grudnia 2015
Coś by wypadało zamieścić

 

(...) Środa. 
Mówił że chętnie mi kupi futro z niedźwiedzi 
Że mam większą urodę niż Irena Dziedzic 
I że przy mnie przypomniał się jemu dąb Bartek 
Nie wiem czy to komplement, czy obelga?

Czwartek. 
Nie mogłam ruszyć w drogę, bo lało jak z cebra. 
Na obiad znów rosół i wieprzowe żebra. 
On cały czas mi mówił że jestem wyjątek (...)

(Andrzej Waligórski)

 

Nigdy nie sądziłam, że kiedyś będę szczęśliwa. Mało tego, pragmatycznie odrzucałam szczęście jako cel życiowy. Bóg, jak wynika z naszych sierpniowych i późniejszych badań, jest doktorantem oraz robi rzeczy (a promotorem Boga jest pani Dobiesława), toteż wasze skromne Pino MC jest obecnie najszczęśliwszym człowiekiem świata, o co ani prosiło, ani też się tego spodziewało.

W związku z tym mogę się oddalić do innych zajęć w podgrupach, ale jeszcze napiszę, że jestem tego wieczoru w nastroju wybaczającym. Nie mam pojęcia, czy osoba, o której teraz myślę (a o której, generalnie rzecz biorąc, myślę jak najgorzej) przeczyta tę notkę, ale dzisiaj nawet jej zalety jestem w stanie docenić, kiedy tak słucham sobie Nohavicy, piju druhou kávu a kouřím třetí SpartuOstatecznie wszczepiła we mnie owa osoba, choć za potworną cenę, ogromną ilość cynicznej mądrości życiowej. A mądrość życiowa jest fajna, to raz, a dwa, że moje czyny późniejsze były równie złe, absurdalne i straszne jak owej osoby, więc tym bardziej mogę wybaczyć, przynajmniej w tej chwili. Hi, hi. 



niedziela, 29 listopada 2015
Ruda Wredna w Londynie

 

Tego dnia Baskipuk rozszedł się po różnych krańcach Ziemi, oddalając się do zajęć w podgrupach. Michały poszły sobie, każdy do swojej pracy, Kaśka Biofizyk również udała się do laboratorium, Pino siedziała w domu i przepisywała wywiad o kajakach. Największą ekstrawagancją błysnęła Ruda Wredna; spakowała do walizki wiele bluzek z dekoltami w szpic, zapowiedziała dumnie „podbiję Anglię!” i wsiadła na Balicach w samolot.

- A więc wszystko wróciło do normy i znowu podbijamy obce kraje – myślała na głos Pino, stukając w klawisze. – Ale nie wróżę jej sukcesu, ostatni raz się udało w 1066, co ona niby zamierza, przepłynąć La Manche, przeskoczyć katedrę w Chichester? Edith Piaf pływała wpław… Różnego rodzaju eventy dla firm, również związane z Wisłą… Biedna Edith, ona pływała wpław, a dzisiaj by mogła kajakiem. Dość, bo osiągam niebezpieczne stężenie absurdu. Bogusia Żubr pewnie zaleciłaby odmówić brewiarz, ale chyba poprzestanę na herbacie.

***

- No i jak tam w Anglii?

- Na razie lata nade mną helikopter. Dementując - nie dowoziłam go tu.

- Po prostu wyczuli, że wyruszyłaś na podbój. Dlaczego akurat Wyspy Brytyjskie? Są trudne logistycznie do zdobycia, o czym wiem, jako nieukończony historyk.

- Nie, mylisz się, to sprawa prywatna! – Ruda Wredna zaczęła krzyczeć do słuchawki, bo w tle narastał szum łopat helikoptera. – Mój cichy… no dobra, głośny wielbiciel Anglik ma kompleks wyższości i lubi tak sobie patrzeć na mnie z góry.

- Po prostu chce obejrzeć dokładnie twój tyłek – powiedział cynicznie Mateusz.

 ***

- „Matka Polka korzysta. Piana ma zapach gorzkiej pomarańczy. Życie jest piękne. Porto i chleb serowo-orzechowy i sery i cordon bleu nie miały sobie równych…” O czym ona pieprzy?

- Moim zdaniem cytuje Poświatowską.

- A moim – ale ja jestem prosty inżynier – ktoś udostępnił jej wannę, a potem zamierza napoić porto oraz napaść ją chlebem i serem.

- Napaść? Przecież to ona miała napadać na Anglię. Nic już nie rozumiem.

- Czego tu nie rozumieć, skusili ją pianą o zapachu gorzkiej pomarańczy. Nie ona pierwsza i nie ostatnia uległa urokowi Londynu. Zatem nie spodziewajmy się już po niej Czynu.

***

- Czynu się po mnie nie spodziewają – sarkała Ruda Wredna, leżąc w wannie pełnej gorzkiej piany i jedząc pomarańczę. – A to nie moja wina, że mój wielbiciel nagle postanowił udawać, że nie widzi mnie wśród biurek, że zagubił się, biedactwo, w ołpenspejsie! Chcę go na lunch zapraszać, to nie, Pino na mnie krzyczy „czterdzieści pokoleń kobiet patrzy na ciebie z potępieniem! Bądź tajemnicza!”. Pierdolę tajemniczość. Nie działa. – Tymi słowy zakończyła monolog, spłukała z siebie pianę i jako ta Wenus z Milo (plus pięć kilo) opuściła wannę.

***

- A więc, Darling, postanowiłam pierdolić tajemniczość i wyznać ci, że się w tobie zakochałam – wyjaśniła Ruda Wredna przy lunchu. Oczywiście wyraziła to nienaganną angielszczyzną, ale „Baskipuk” jest utworem polskojęzycznym.

***

- Co ona tam mówi?! Nasz zestaw podsłuchowy jest do rzyci! To przez ten Kanał. Przebijamy się kanałami do Śródmieścia?

- Mówi, że się w nim zakochała. Przestań się miotać po kuchni i robić bez przerwy herbatę, to będziesz lepiej słyszała.

- Daj spokój, musimy tego wszystkiego spróbować przecież. Zobacz, Hiszpańska Mandarynka, Porzeczkowy Sorbet, a tutaj Sekrety Babci. Kto chce powąchać Sekrety Babci?... Hej, dlaczego cały Baskipuk ze śmiechu wpadł pod blat?

***

Nadeszła niedziela wieczór, samolot Rudej Wrednej osiadł na Balicach; zawezwana uprzednio depeszą z Zabierzowa babcia Czajnikwax przewiozła nadąsaną przywódczynię Baskipuka na miotle do miejsca przeznaczenia, czyli przytulnego domostwa wśród wichrowych wzgórz, gdzie pachniała herbata i oczekiwali wierni podwładni w swych ludzkich i psich osobach.

- Zerwałam z nim, krótko mówiąc! Dla większego dramatyzmu zerwałam również stosunki dyplomatyczne Baskipuka z Anglią. No i pranie Angola zerwałam ze sznurków na patio i wrzuciłam mu je do kompostu, ale to dlatego, że byłam wkurwiona. Zepsułam też helikopter, wypiłam cały zapas marokańskiej kawy, uderzyłam w gaz…

- Margola. To cud, że cię nie aresztowano.

- Drugi cud nastąpi, jeśli nasz mały Baskipuk pokona Wielką Brytfannę. Jak my to niby zrobimy? Po co ja pytam… Pora na plan awaryjny. Telefon do Oriany Fallaci.

KONIEC

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16